niedziela, 4 września 2016

Wszyscy jesteśmy hipokrytami


Świat nieustannie się zmienia, a z nim kanony piękna. Moim zdaniem piękno to pojęcie względne, bowiem zależy od odbiorcy. Wszyscy narzekają na te wyidealizowane kobiety na okładkach, a wystarczy po prostu odciąć się od tej sztuczności i żyć po swojemu. Niestety ludzie to z natury przekorne zwierzęta i wyznają filozofię, że najlepszą obroną jest atak. Wytłumaczę to na przykładzie kobiet plus size, ponieważ tak jest chyba najłatwiej, zważając na to, co się obecnie dzieje. W wielu przypadkach te panie nie tyle obnoszą się z własnym seksapilem, co byłoby jeszcze zrozumiałe, bo przecież samoakceptacja jest bardzo ważna, a leczą swoje kompleksy poprzez umniejszanie innych. Kiedy słyszę powiedzonka w stylu "facet nie pies, na kości nie poleci", to naprawdę robi mi się niedobrze. To jest naprawdę niesmaczne i w dodatku obraźliwe. Dehumanizacja drugiego człowieka nawet w najbardziej niewinnej formie pozostaje okrucieństwem, a z tym mamy do czynienia.   

Taka partyzancka wojna między odmiennymi grupami toczy się już od zarania dziejów. Wspomnijmy chociażby apartheid czy mizoginizm. Te konflikty przybrały najbardziej radykalną formę i możecie się ze mnie śmiać, że porównuje z nimi walkę "rozmiarów", jednak problem narasta. Internet stał się bronią masowego rażenia, a wszyscy wiemy, że nawet jeśli w sieci czujemy się bezkarni, co nie znaczy, że tacy jesteśmy.

Ostatnio zauważyłam coś, co mnie przeraziło. Nie wiem, czy do tej pory miałam klapki na oczach, czy po prostu nie zwracałam uwagi na ten problem. Znalazłam śmierdzące gówno w miejscu, które uważałam za czyste. Zauważyłam, że książkoholicy to hipokryci. Ta "elitarna" grupa, która uważa się za intelektualną oazę społeczeństwa tak naprawdę jest pełna uprzedzeń. Nie mówię o wszystkich ludziach, którzy lubią czytać, ponieważ w każdej społeczności znajdą się różne typy osobowości. Tylko że niestety gro miłośników książek spełnia zarzuty, które poniżej przedstawię. 

Nie czytasz? Na pewno jesteś gorszym sortem człowieka, bo przecież czytanie to jedyna inteligentna rozrywka!   

To, że ktoś nie lubi czytać, nie znaczy od razu, że jest głupi i ograniczony. Często z takimi osobami również da się znaleźć wspólny temat do rozmowy, bo przecież życie to nie tylko książki. Są też inne ciekawe zainteresowania, na przykład majsterkowanie czy malowanie. Nikt mi nie wmówi, że osoby, które zajmują się tak kreatywnymi rzeczami są ludźmi gorszego sortu. 

Słuchasz audiobooków lub czytasz na czytniku? Ty tak naprawdę nie wiesz, o co chodzi w magii książek! Jak możesz zdradzać papier?! Jesteś leniwy, że słuchasz książek! To nie to samo.

Te oskarżenia najbardziej mnie śmieszą. Idąc tropem rozumowania z pierwszego punktu, przecież ważne, że czytamy, a nie w jakiej formie. Myślałeś, że wśród ludzi o podobnych zainteresowaniach znajdziesz takich, którzy podzielą Twoją pasję do audio-książek? Gorzko się pomyliłeś i zostaniesz zlinczowany, podczas gdy znajdzie się może kilka osób, których faktycznie nie interesuje, w jakiej formie czytasz.

Utożsamiając się z jakąś grupą, nie odpowiadamy za zachowanie wszystkich jej członków. Zawsze znajdą się tacy, którzy mogą swoim zachowaniem doprowadzić do stworzenia niezbyt przyjemnego wizerunku całej naszej mini-społeczności. Akceptujmy siebie i pozwólmy innym na to samo. 
Kontynuuj czytanie Wszyscy jesteśmy hipokrytami

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

,

Filmowa para - "Playing it cool"; "Słowo na M"



Stwierdziłam, że życie, a szczególnie to, które prowadzi bloger jest zbyt krótkie na pisanie pojedynczych postów. Tak więc dziś przeczytacie nie o jednym, ale o dwóch bardzo podobnych filmach. Chciałabym powiedzieć, że sparowałam je bez żadnego konkretnego powodu, ale nie jestem aż taka szalona. Zarówno "Playing it cool" oraz "Słowo na m" nie odniosły zbyt dużego sukcesu, a to dlatego, że są to filmy "specyficzne". Uwielbiam to słowo, bo jest mniej ofensywne niż "dziwaczne", a lepiej oddaje sytuację niż "charakterystyczne". W przypadku "Playing it cool" wypadałoby wspomnieć, że nawet nie miał polskiej premiery kinowej. Może nie był zbyt lukratywny i Polacy wyczuli, że nie jest typowym hitem dla mas.

Odniosłam sprzeczne wrażenia podczas seansu obu filmów. Z jednej strony reklamowane były jako komedie romantyczne, jednak odbiegają znacznie od standardów romcom, oprócz typowego hollywódzkiego zakończenia. 

Akcja nie śpieszy niczym rwący potok, ale sekundkę, nie oglądacie przecież filmu sensacyjnego z Liamem Leesonem. Występuje mnóstwo dygresji, a głupich gagów jak na lekarstwo. Nie poszłabym z interpretacją tak daleko, żeby stwierdzić, że całe filmy to analizy psychologiczne głównych bohaterów, jednak aktorzy wykreowali naprawdę dynamiczne postacie i psychologia gra tutaj niemałą rolę.   

W obydwu filmach występuje magiczny i owiany tajemnicą friendzone. Zarówno "Słowo na M", jak i "Playing it cool" udowadniają, że podstawę dla miłości stanowi przyjaźń, więc możecie się już domyśleć, jak owe historie się potoczą. Po co oglądamy komedie romantyczne? Ja Wam powiem, o co chodzi w moim przypadku. Nie dla zakończenia, które jest zazwyczaj bardzo cukierkowe, ale dla klimatu. Po prostu takie filmy są sympatyczne i przyjemne. W większości przypadków na tym ich zalety się kończą, jednak w tych dwóch pozostaje jeszcze wiele do powiedzenia. Są zabawne,  oryginalne, a historie są realistyczne. Reżyserzy stawiają bohaterów przed poważniejszym wyborem niż to, jaką sukienkę mają wybrać, aby zrobić na nim wrażenie. No i przede wszystkim występują Kapitan Ameryka oraz Harry Potter (czyli pewnie główne powody, dla których o większość ludzi obejrzała te filmy).     

Mimo wszystko "Playing it cool" o wiele bardziej przypadło mi do gustu. Porównując pierwsze i ostatnie minuty filmu, mamy wrażenie, że przełączyliśmy kanały i psuje je tylko obsada aktorska, która pozostaje niezmienna. Reżyser igra z widzem, kpiąc, a nawet parodiując schematyczność współczesnych romansów. Główny bohater to przykład cynika, który z prozą życia walczy za pomocą ironii. Ostatecznie sam wpada we własne sidła. To właśnie Narrator (Chris Evans) nadaje charakteru filmowi poprzez udostępnianie widzowi obrazów ze swojej wyobraźni. Reżyser ubarwił obraz przez powstawianie wielu fragmentów, które aż ziały sarkazmem. Ten film jest inteligentnie zabawny, naprawdę polecam.    

Kontynuuj czytanie Filmowa para - "Playing it cool"; "Słowo na M"

czwartek, 25 sierpnia 2016

Trudne pytania


Od dłuższego czasu kataloguje w głowie trudne pytania. To określenie nie ma jednej definicji. Mówi się, że nie ma głupich pytań, są tylko takież odpowiedzi. A czy nie ma bezsensownych pytań? Cóż, według mnie istnieje takich spore grono. Odkąd pamiętam przerażały mnie rozpoczęcia roku szkolnego. Nienawiść do takich wydarzeń zaszczepiła we mnie moja przedszkolanka. Chyba wszyscy zgodzimy się, że pierwszy dzień w przedszkolu to owiany mistycyzmem i tajemnicą okres, który odciska swoje piętno na dziecku, nawet jeśli zazwyczaj go nie pamiętamy. Ja niestety doskonale pamiętam. Zostałam przed całą grupką wywołana "na środeczek" i zmuszona do powiedzenia kilku słów o sobie. Tak to się zaczęło. Mimo że byłam naiwnym berbeciem z fryzurą na grzybka, już zakiełkowało mi w głowie ziarno niepewności. Bo kim ja właściwie jestem? Jak streścić swoją osobowość w kilku słowach? To niewykonalne. Ja naprawdę nie lubię mówić o sobie i to nie dlatego, że jestem jakimś ogromnym introwertykiem, chociaż to również ma jakieś znaczenie, ale dlatego, że nie umiem "sprzedać się" przed ludźmi tak fajnie i zmyślnie, aby wszyscy pomyśleli o mnie - "Wow, chcę ją poznać bliżej!". 

W przedszkolu przeżywałam horror, jednak jest to błaha rzecz w porównaniu z sytuacją z liceum. Nie dość, że zostaliśmy wszyscy po kolei wywołani do przedstawienia siebie, to jeszcze nasza wychowawczyni autentycznie musiała czerpać przyjemność z naszych katuszy, bo wymyślała coraz to nowe gry integracyjne (brrr). No więc pomyślałam, że idealnie się składa, już w pierwszym dniu szkoły spalę się mentalnie przed ludźmi, których widzę pierwszy raz na oczy i, obok których przyjdzie mi egzystować przez kolejne trzy lata. Zaczęłam nerwowo obmyślać strategię działań wojennych. Może powiem coś oryginalnego i w najgorszym wypadku wezmą mnie za dziwaka? Może nic nie powiem i zacznę udawać osobę, która ma problem z jąkaniem? Ta opcja odpadła w przedbiegach, bo w naszej grupie niestety znalazł się taki jąkała i przeprowadził skuteczny sabotaż mojego planu, którego pewnie i tak bym nie wykorzystała. Ostatecznie skończyło się na standardowym "lubię czytać". Większość grupy również pozostała przy oklepanych "fan piłki nożnej" czy "gier komputerowych" albo "lubię muzykę".

Mnie naprawdę bardzo nurtuje, co podobne praktyki mają na celu? Oprócz mimowolnego i oczywistego podzielenia na ludzi grupki "sportowców", "kujonów" i "głupich blondynek". Jak można podać siebie na tacy obcym ludziom, zakładając, że to ich w ogóle obchodzi? To niewykonalne. Pytanie "kim jesteś" ląduje więc na pierwszym miejscu mojej listy trudnych pytań. 

Drugie to osławione "Czego słuchasz?", które wywołuje u mnie podobne uczucia. To też w jakimś stopniu nas definiuje i na pewno wbrew naszej woli przypisuje do określonej szufladki. Bo co? Przez całe życie słuchasz jednego gatunku albo artysty? Nie wmówisz mi tego, bo przecież słuchasz radia. Nawet jak już jesteś taki niszowy, to niewątpliwie oglądasz reklamy, którym często towarzyszy muzyka. Ja ignoruje to pytanie lub odpowiadam, że po prostu słucham wszystkiego. 

Kolejne pytania to te z gatunku o ulubioną powieść, film, sztukę teatralną, czy co tam chcecie. Tu również mam zagwozdkę, bo przecież powinnam mieć jakiegoś konkretnego faworyta. Wyznaję jednak zasadę, że każdy utwór ma swoje dobre i złe strony, w każdym można znaleźć coś, co mnie zachwyci, chyba że w grę wchodzi "Pięćdziesiąt twarzy Greya" i filmy porno. Nie umiem wybrać czegoś od razu, a nie należę do osób, które mają przygotowane odpowiedzi na pewne kwestie. Może powinnam?

Podobnie podchodzę do kwestii "idoli". Wolę pytanie "Kogo podziwiasz?" bądź "Kto cię inspiruje?". Również z marszu nie podam listy osób, które lubię. Mnie inspirować może każdy, nawet uliczny grajek, który jest tak pewnym siebie artystą, że postanawia dzielić się swoją radością z tłumem. Śmieszą mnie ludzie, którzy podziwiają Paulo Coelho i nikogo więcej. TAK, oni istnieją. Mam nadzieję, że niedługo wyginą, lecz niestety moje nadzieje prawie zawsze są płonne. Miałam nadzieję, że Robin Williams będzie żył wiecznie. Nie wróży to zbyt dobrze. 

Nienawidzę pytań o to, jaki jest mój ulubiony napój, jedzenie czy gatunek sera. Po co się nad tym zastanawiać, skoro można mieć wszystko? Zupełnie inną grupą upośledzonych pytań są te z kategorii "gdybyś miał zabrać na bezludną wyspę jedną rzecz..." ble ble ble ble ble ble. Kogo to interesuje?

Ja wręcz boję się osób, które mają na takie pytania odpowiedź. Tacy ludzie lubią TYLKO Paulo Coelho, piłkę nożną i Rihannę. A to znaczy, że mają dość niskie horyzonty i ograniczoną wyobraźnię. Kto by chciał się z nimi zadawać?


Kontynuuj czytanie Trudne pytania

środa, 24 sierpnia 2016

Tłumaczenia, głupcze


Ostatnio miałam okazję zobaczyć film "Randka na weselu". Sama komedia była naprawdę zabawna, jednak seans nieustannie psuł mi jeden "malutki" fakcik. Były to polskie napisy, które zwykle wybieram w przypadku angielskich produkcji. Lubię osłuchiwać się z typowym językiem mówionym, więc lektor w większości mi po prostu przeszkadza, ale nie o tym tutaj.

Tłumaczenie filmu tworzył chyba pięciolatek, choć jest dość patologiczna wizja z uwagi na charakter tej komedii. W pierwszych minutach to jeszcze nie kuło aż tak bardzo w oczy, ponieważ nie skupiałam się na napisach, jednak przyjaciółka zwróciła mi ze śmiechem uwagę na nieudolne tłumaczenie pewnego zdania i lawina ruszyła. Od tej pory zaczęłam porównywać to, co słyszę z tym, co widzę i dostawałam piany. Tłumacz popłynął niczym Noe na swojej arce. Interpretował źle i udziwniał. Czasem niepotrzebnie łagodził zbyt "kontrowersyjne" żarty, a zaraz potem dawał popis znajomością wielu synonimów do dość powszechnie znanych wulgaryzmów. Niektóre słowa wręcz przekręcał i to tak, że widz miał niezły zonk, gdy wypowiadana przez aktora kwestia, a raczej jej polska "wersja" nie pasowała zupełnie do sytuacji. Ten, kto ma ukończył chociaż gimnazjum, wie przecież, że słówko deep nijak wiążę się z wyniosły. Ta sytuacja kojarzy mi się z pewną lekcją w klasie maturalnej z panią praktykantką, której ulubionym słowem było nadinterpretacja. Mam ochotę wykrzyczeć w twarz komuś odpowiedzialnemu za "to" - Dude, nadinterpretacja!

Co dziwne, "Randka na weselu" to nie jedyny film, który został tak chamsko potraktowany. Nieczęsto zdarza mi się chadzać do kina na wszystkie filmy, którymi jestem zainteresowana i korzystam z dobrodziejstw Internetu, jeśli wiecie o cho chodzi (;)). Nie patrzcie tak! Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem! W przypadku nieoficjalnych tłumaczeń nie możemy oczekiwać pełnej poprawności, jednak ja byłam w kinie i zapłaciłam za seans. Przecież mogłabym równie dobrze nie znać angielskiego. Produkt, który mi sprzedano, nie był oryginalny, ponieważ film to obraz i dźwięk, a dźwięk został zmieniony. Paradoksalnie, często ci samozwańczy tłumacze mają lepsze kompetencje niż oficjalni.

Takie kwiatki zdarzają się chyba najczęściej w przypadku komedii. Nie ma problemu przy filmie sci-fi albo kryminale, ale przy komedii tłumacze wymiękają. Jak to się dzieje? Ciężko jest wiarygodnie przełożyć żart angielski, który jest niejako nieoficjalną kolokacją, która występuje jedynie w tym języku, jak na przykład gra słów albo frazeologizm.

Inną sprawą są polskie wersje tytułów obcych produkcji. To nie musi być dokładny przekład i nawet lepiej, gdy tłumacze wykażą się inwencją. Kto by chciał oglądać  "Klub śniadaniowy" skoro mamy "Klub winowajców"? Dobry film obroni się sam, jednak najpierw musimy się nim zainteresować, a kluczem do sukcesu jest chwytliwy tytuł. Na tym polu również możemy dostrzec oczywiste klapy, takie jak absurdalny "Wirujący seks".

Literatura również zna przykłady niezbyt trafnych tłumaczeń. Najbardziej popularnym przykładem jest oczywiście osławiony przekład "Pięćdziesięciu twarzy Greya" E.L. James. Wciąż znajdują się czytelnicy, którzy twierdzą, że to tłumacz "zabił" Greya. O ile coś mogło rzeczywiście jeszcze bardziej zaszkodzić temu utworowi.

Nie ulega wątpliwościom, że tłumaczenie to bardzo istotna kwestia w przypadku literatury. Szczególnie fantastycznej. Tłumacz musi wykazać się inwencją twórczą i zdecydować, co zrobić z neologizmami autorstwa pisarza, które stały się ważną częścią fabuły. Przecież cała seria Rowling o świecie czarodziei nie wyglądałaby "w polskiej wersji" tak samo, gdyby tłumaczeniem zajęła się inna osoba. To tłumacz przekształcił Diagon Alley w ulicę Pokątną. W przypadku "Władcy pierścieni" gro czytelników celowo szuka wersji Marii Skibniewskiej, ponieważ jest ona najlepsza z możliwych.  Czy tłumacze są zasłużenie traktowani po macoszemu? Przecież zazwyczaj są anonimowi (oprócz informacji o ich tożsamości malutkim druczkiem na pierwszej stronie książki), a wykonują tak wielką pracę i spada na nich ogromna odpowiedzialność.  

Ostatecznie tłumaczyć może każdy, ale na pewno nie każdy powinien. 

Kontynuuj czytanie Tłumaczenia, głupcze

wtorek, 23 sierpnia 2016

"Forest: Stay focused" - Zaloguj się do życia!


Ludzie to naprawdę dziwne istoty. Żadne inne zwierzę nie jest w stanie upleść na siebie samych takiego powrozu jakim stała się dla nas technologia. Każdy kij ma dwa końce i tak jest również w przypadku rozwoju tej dziedziny. Społeczeństwo XXI wieku jest już całkowicie uzależnione od elektryczności, łatwej komunikacji przy pomocy urządzeń mobilnych oraz Internetu. Telefony, które kiedyś służyły tylko do wykonywania połączeń, dziś są miniaturowymi komputerami, łącząc w sobie wiele rożnych funkcji. Szczególnie pokolenie dzieci urodzonych po 2000 roku często bierze za pewnik telewizję i Internet, które nie są znowu tak starym wynalazkiem. 

Cała masa ludzi choruje na tak zwany fomo. Pod tą wymyślną nazwą kryje się angielskie wyrażenie fear of missing out. Jest to irracjonalny strach przed przegapieniem czegoś istotnego w wirtualnym świecie. Objawia się obsesyjnym sprawdzaniem portali społecznościowych. Kiedy się nudzimy, a nawet kiedy robimy coś istotnego, łapiemy się na tym, że co chwila sięgamy po telefon, nawet jeśli tuż przed chwilą go odłożyliśmy. Brzmi znajomo? 

Pierwszym krokiem w kierunku przezwyciężenia uzależnienia jest oczywiście przyznanie się do niego. To wbrew pozorom nie takie łatwe. A już zupełnie niemożliwa zdaje się rezygnacja z przedmiotu uzależnienia. Alkoholicy mogą pozostać trzeźwi, jednak żaden współczesny człowiek nie może odciąć się zupełnie od technologii. Mogłoby to nam nawet zaszkodzić, bo przecież przegapimy nie tylko durne plotki z pudelka, ale też istotne wiadomości ze świata. Mimo to możemy starać się ograniczyć kontakt z komórką lub telewizją do minimum. Forest to moje niedawne odkrycie, które może zrewolucjonizować Wasze życie. "Apki" są przecież takie modne, a ta dodatkowo jest całkiem przydatna. 

O co chodzi i z czym to się je? Ściągamy na swój smartfon Forest i od razu możemy przystępować do akcji. Ta aplikacja pomoże nam odciąć się od telefonu na określony czas, kiedy to musimy pozostać skoncentrowani na pracy, do której raczej nie jest potrzebne scrollowanie facebooka czy twittera. Otóż hodujemy drzewko, które z każdą minutką rośnie i nabiera kształtów. Nasz telefon jest w tym momencie bezużyteczny, bo ta aplikacja nie zakłada działania w tle, a całkowicie uniemożliwia korzystanie z komórki. Drzewko obumiera, gdy wychodzimy z aplikacji przed czasem, który odgórnie ustaliliśmy. Takim oto sposobem możemy wyhodować naprawdę piękny zielony lasek lub step, na którym nie uchowa się żadna roślina. Wybór należy do Was.

Aplikacja cieszy oko elegancką grafiką i minimalizmem, a to nie jedyny aspekt, w którym przysłuży się naszym oczom. Polecam wypróbować, bo przecież to za darmo i nie biją. Możemy się przekonać o rozmiarach własnego uzależnienia, kiedy nawet godzina bez telefonu może wydać się wiecznością.
   
Kontynuuj czytanie "Forest: Stay focused" - Zaloguj się do życia!

środa, 3 sierpnia 2016

,

Angielski dla opornych - What does it mean?!


Język angielski nie jest trudny. Opanowanie go w stopniu komunikatywnym to jedynie kwestia otwarcia swojej głowy na wiedzę, która spływa do nas zewsząd. Oprócz standardowych lekcji angielskiego w szkole, możemy bezpłatnie korzystać z innych źródeł. Słuchając piosenek w tym języku, zwróćmy uwagę nie tylko na melodię, ale również na tekst. Skoro już płacimy za te 1000 kanałów, to skorzystajmy i włączmy CNN, gdzie nadawane są programy w języku angielskim. Możemy także wyłączyć polskie napisy w czasie seansu filmowego. Wystarczy tylko chcieć, a najprostsze słówka same zapadną nam w pamięć. Jeśli chodzi o osiągnięcie poziomu zaawansowanego, to już wymaga więcej wysiłku. Gramatyka i słówka to dwa nieodzowne klucze do sukcesu.  

Nigdzie nie znalazłam satysfakcjonującej mnie listy słówek, nie licząc słowników, która zastąpiłaby czytanie magazynów i książek po angielsku. Książkowe listy są po prostu zbyt ograniczone i ukierunkowane na konkretny dział. Nie zawierają, a jeśli w ogóle, to śladowe ilości idiomów oraz zwrotów potocznych.  

Zapraszam Was na cykl "WDIM?!", który, mam nadzieję, sprawi, że zaczniecie używać bardziej skomplikowanego słownictwa. W każdym poście będę podawała oryginalniejsze zamienniki dla pospolitych słówek, ciekawe zwroty frazeologiczne, kolokacje i uproszczenia, które będziecie mogli stosować w luźniejszej rozmowie. 

Gotowi? Zaczynamy!

#1. Solicitor (noun)
A man who is trained to prepare cases and give advice on legal subjects and can represent people in lower courts. 
Use it instead of a word: lawyer! 

#2. Stand up to sb (idiom)
Defend yourself against a powerful personwhen they treat you badly.

#3. Be in debt (idiom)
The state when you owe somebody a favour.  
Use it instead of: owe sb sth

#4. Master (verb)
Learn to do something very well.
Use it instead of a word: study or learn!

#5. Worship (verb)
Love, respect and admire somebody or something very much, often without noticing their bad qualities.
Use it instead of a word: admire!


Sprawdź swoje typy! Ile słów udało Wam się zgadnąć?
1. Radca prawny, 2. Postawić się komuś, 3. Mieć wobec kogoś dług wdzięczności, 4. Wyćwiczyć coś do perfekcji , 5. Wielbić
Kontynuuj czytanie Angielski dla opornych - What does it mean?!

wtorek, 1 lipca 2014

, , ,

Jak poznałam swojego mordercę

Nostalgia anioła (The Lovely Bones)


Gatunek: Dramat, Fantasy
Premiera: 2010
Reżyseria: Peter Jackson
Ocena: 9/10


O tym filmie nasłuchałam się dużo pozytywnych opinii i jakoś trochę wstyd mi było, że nadal go nie zobaczyłam. Musiałam to nadrobić!

Główną bohaterką historii jest nastoletnia Susie Salmon, która opowiada historię swojej tragicznej śmierci. Dziewczyna została zamordowana przez sąsiada, pana Harvey. Nie umarła jednak całkowicie, a została zawieszona gdzieś pomiędzy niebem a ziemią. Nie może opuścić swojego ziemskiego życia dopóki sprawa mordercy nie zostanie rozwiązana. Susie nie tyle pomaga w śledztwie, ale obserwuje dochodzenie prowadzone przez ojca i siostrę. 

Trudno mi przyporządkować ten film do jakiegoś konkretnego gatunku, ponieważ wyraźnie pojawiają się w nim elementy fantastyki, kryminału, dramatu, a nawet czasem romansu. Mimo to "Nostalgia anioła" robi wrażenie, a w tym szaleństwie jest metoda. Historia Susie wzrusza i uczy tego, że nie każdy ma wobec nas przyjazne zamiary.


Obsada też jest dobra. W główną postać wcieliła się Saoirse Ronan, którą znam między innymi z filmu "Intruz", natomiast Stanley Tucci (na zdjęciu wyżej) występujący jako pan Harvey mnie zaintrygował. Niby taki zimny i bezwzględny morderca, a jednak dopiero na końcu mogłam go w pełni znienawidzić. Jego twarz jest tak sympatyczna, że nie sposób go dopasować do profilu zbrodniarza. Może o to właśnie chodziło twórcom? Że nawet komuś, kto pozornie budzi nasze zaufanie, nie możemy jednak wierzyć? Trochę to smutny wniosek, jednak jak najbardziej prawdziwy w pewnych sytuacjach.



Dużym plusem filmu stały się obrazy ze świata, w którym wylądowała Susie po śmierci. Były świetne.

Podobało mi się również to, że fakt ujawnienia mordercy na samym początku nie zburzył całej aury tajmniczości wokół sprawy. Film nie jest szablonowy, z tym nie można się nie zgodzić. Prawdziwa zagadka zostaje rozwiązana na samym końcu.

Kontynuuj czytanie Jak poznałam swojego mordercę